góry bez górali

Dolny Śląsk. Kraina nizinno-rzeczno-górska, na południowym-zachodzie kraju, granicząca z Czechami i Niemcami. To także zabytki, przeszłość i teraźniejsze poszukiwanie tożsamości przez ludzi zamieszkujących te ziemie. Nasi rodzice i dziadkowie przybyli tutaj po drugiej wojnie światowej, zwykle nie wiedząc za bardzo, gdzie tak na prawdę rzuciły ich losy. O osiedleniu się na tej obcej ziemi decydował przypadek, plotka, bądź nakazowo – administracyjne decyzje urzędników różnego szczebla. W ten sposób powstał dziwny zbiór miejsc i ludzi, którzy nagle znaleźli się w zupełnie nowej rzeczywistości i otoczeniu. I ta rzeczywistość bywała oswajana, bądź nie. Starano się przenieść dawne tradycje, kulturę i pomniki, a Wrocław miał się stać drugim Lwowem; pomnik Aleksandra hr. Fredry na Rynku w miejscu konnego monumentu Fryderyka II, Ossolineum, Panorama Racławicka ... Chyba jednak Wrocław Lwowem się nie stał, choć na pewno kresowym klimatem, zresztą tak jak i cały Dolny Śląsk, nasiąkł.

Przed wielu laty Paul Keller (1873-1932) - znany wrocławski prozaik i publicysta prześmiewczo drwił z tych mieszkańców, których wiedza o Dolnym Śląsku ograniczała się do tego, że: "jest tam Śnieżka, Duch Gór w Karkonoszach, kiepskie zielonogórskie wino (które zresztą jest całkiem dobre), półpolskie miasto, które się nazywa Breslau, no i Gerhart Hauptmann".

I czasem, po latach, w zupełnie innej, odmienionej rzeczywistości, odnoszę wrażenie, że w tym pojmowaniu Dolnego Śląska niewiele się zmieniło, a nawet tak jakby coś ubyło. Bo któż dziś wie kim był karkonoski laureat literackiej Nagrody Nobla Gerhart Hauptmann, kto czytał jego śląskie dramaty i wiersze? A wino z okolic Zielonej Góry? Kto zna jego smak? A kto spotkał karkonoskiego Ducha Gór, tego najbardziej znanego z Dolnoślązaków? I nie należy go bynajmniej mylić z tryumfalnie ogłoszonym kilka lat temu przez wrocławskich urzędników za symbol Dolnego Śląska poczciwym misiem ze Ślęży, który pomimo kosztownej promocji, okazał się być wielkim promocyjnym niewypałem.

Dla mnie Dolny Śląsk to przede wszystkim Wrocław i Karkonosze. Ludzie, miejsca i historia. Kilkanaście młodzieńczych, chmurnych i nie zawsze łatwych lat, spędzonych we Wrocławiu i powrót w góry. Przez lata dla mnie i moich przyjaciół były to po prostu nasze Karkonosze, a z czasem naszymi stały się też Góry Izerskie. Trochę może i dziwne, niemiecko-czeskie, przyłączone po wojnie do Polski, ale jakoś tak nasze, swojskie. Góry, w których kiedyś mieszkałem i dziś znowu mieszkam, które widzę co dnia. Odgrywają ciągle swój nieustający teatr natury, urzekający wspaniałością scenografii, kolejnymi odsłonami zmiennej aury i surową przyrodą. Karkonoski koloryt - czasem ostry, jaskrawy, pełen intensywnych, nasyconych barw, potrafi nagle przeobrażać się w zamgloną, wyciszoną atmosferę z całą gamą miękkich, lokalnych odcieni.

Ale są to góry dziwne, góry puste. Zwróciła mi na to kiedyś uwagę moja znajoma pochodząca z Podhala, z Nowego Targu. Karkonosze to góry bez górali. Chyba jedyne takie góry.

Nie wykształciła się w Karkonoszach nasza własna, lokalna tradycja, folklor i dialekt. Nie ma też czegoś takiego, jak karkonoski strój regionalny czy autentycznie rodzime zespoły tańca, bo nie są według mnie nimi, przy całej sympatii dla tradycji Kresów, sudeckie „Poleszuki” czy „Podlasianie”. I nie są nią bynajmniej przywożone w ostatnich latach spod Tatr o(!)scypki, góralskie kapelusze czy architektura stylizowana na podhalańską. Poprzez ten sztuczny import nie zapełnimy pustki kulturowej Karkonoszy. 

Wlastimil Hofman, uznany za największego z powojennych malarzy, którzy osiedli w Karkonoszach, a dokładnie na skraju Gór Izerskich, portretował okolicznych mieszkańców i przyjezdnych turystów. Prawie wcale nie malował krajobrazów. I to bynajmniej nie dlatego, że nie potrafił. Myślę, że po prostu ich nie rozumiał, nie czuł, nie identyfikował się z nimi. Nie były po prostu jego, tak jak ukochane nadwiślańskie błonia, które wcześniej malował z okiem swojej pracowni w Krakowie przy ulicy Spadzistej.

Dolnośląski krajobraz, bogaty, różnorodny, to nie tylko samo ukształtowanie terenu i natura, lecz także dzieje i kultura. Dzieje trudne, poplątane. Wydaje mi się, że bez chęci ich zrozumienia Dolnoślązakiem się tylko bywa. Trochę może tak, jak w hotelu w obcym mieście. Tutaj się mieszka, ale bliższe i dalsze otoczenie jest niezrozumiałe, wręcz obce. I nie pomagają w zrozumieniu dziejów Karkonoszy nasze władze; do dziś nie ma w Karkonoskiej Państwowej Szkole Wyższej w Jeleniej Górze przedmiotu, który edukowałby studentów w zakresie dziejów regionu. Zresztą w tej, jak i w innych szkołach czy uczelniach regionu. Ich absolwenci wyjeżdżają z Kotliny Jeleniogórskiej, gdyż się nie czują z nią związani i wyjeżdżać będą nadal.

Być Dolnoślązakiem. Co to oznacza? Myślę, że jest to przede wszystkim umiejętność słuchania, tolerancja i zrozumienie dla przeszłości. Zarówno tej swojej własnej, polsko-polskiej, jak i tej wielowarstwowej, dolnośląskiej. I duma z bycia Dolnoślązakiem. Ale nie można nim być akceptując wybiórczo tylko część historii tej ziemi, a nie ją całą. Nie można być Dolnoślązakiem zapominając o skomplikowanych czesko – polsko – czesko – austriacko - niemiecko i znów polskich dziejach tej krainy. Nie można mówić tylko Slezsko, bądź tylko Nieder Schlesien czy tylko Dolny Śląsk. Ten, kto tak uważa jest według mnie Dolnoślązakiem tylko w pewnej części. A właściwie to nie jest nim wcale, bo Dolnoślązakiem się jest albo nie. Trzeciego wyjścia nie ma. 

Bez chęci zrozumienia dziejów tej ziemi, poznawania tradycji i przyjmowania jej całej, można po prostu się spakować i wyjechać. Można też pozostać, ale bez tej wiedzy na Dolnym Śląsku będzie się tylko gościem.

Przemysław Wiater